Fot.: Renata Świątecka, fotoartictica.pl

Skończył Pan krakowską Państwową Wyższą Szkołę Teatralną im. Ludwika Solskiego. Był Pan pilnym studentem?

Tak mi się wydaje. Nigdy przed szkołą teatralną nie miałem nic wspólnego ani z teatrem, ani nawet z recytatorstwem. Przyszedłem do PWST jako tabula rasa i miałem świadomość, że przy większo­ści moich kolegów z roku nie umiem nic – widać to w indeksie. Wiedziałem, że może być tylko lepiej. I szczęśliwie – było.

Jak wyglądało zderzenie z rzeczywisto­ścią po szkole aktorskiej?

Twarde lądowanie, ale dzięki takim wykładowcom, jak Krzysiek Globisz, Jan Peszek, Romek Gan­carczyk, którzy – każdy na swój sposób – pozba­wiali nas złudzeń, byliśmy na nie choć trochę gotowi. Jestem im za to bardzo wdzięczny. Nie kreowali się sztucznie na autorytety, nie zasłaniali przed nami fałszywą fa­sadą wielkich aktorów. Dzielili się z nami swoim doświadczeniem, szczerze i uczciwie. To rzadki dar, szczególnie w tym środowisku. Miałem wyjątkowe szczęście, że spotkałem ich na swojej drodze tak wcześnie.

Ma Pan kogoś w rodzaju mentora? Czyje uwagi są dla Pana cenne?

Na pewno najwięcej nauczył mnie Krzysiek Globisz. Zarówno pod względem rzemiosła, jak i podejścia do pracy w teatrze – do pojęcia zespo­łu i współodpowiedzialności za spektakl. Potem przyglądałem się wielu napotkanym na drodze osobowościom aktorskim i brałem z każdego to, co wydawało mi się cenne lub potrzebne. Często też stosowałem selekcję negatywną – wiedziałem, że nie chciałbym podobnie ani grać, ani zacho­wywać się wobec innych. Kilka lat temu trafiłem na najuczciwszą moim zdaniem książkę o tym zawodzie – „Prawda i fałsz. O herezji i zdrowym rozsądku w aktorstwie” Davida Mameta. Mam ją stale przy sobie i często do niej wracam. Dodaje otuchy. Polecam lekturę, nie tylko aktorom.

Występował Pan pod okiem reżysera Krystiana Lupy, doświadczonego i zna­nego z niesztampowych metod pracy z aktorami. Z jakimi trudnościami musiał się Pan zmierzyć podczas przygotowań do spektaklu „Zaratustra”?

Największym wyzwaniem było nie stracić kontaktu z rzeczywistością. Krystian jest bardzo charyzmatyczną osobowością i potrafi uwodzić aktora roztaczaną przez siebie wizją. Inna rzecz, czy za tą – jak dziś ją określam – „mgłą” pojęć, asocjacji i anegdot rzeczywiście podąża spójna i przejrzysta konstrukcja spektaklu. Wtedy nie miałem dzisiejszego doświad­czenia i dojrzałości – nie mogłem się zdecydować, czy dać się Lupie zaczarować, czy nie. Ostatecznie wyszło coś pomiędzy. Zagrałem w tym spektaklu najlepiej, jak umiałem, ale to był początek końca mojej przygody z tym reżyse­rem i ze Starym Teatrem jednocześnie.

Ostatnio jest Pan bardzo chętnie obsa­dzany w serialach. Dobrze się Pan czuje w blasku reflektorów?

Blask reflektorów jest moim naturalnym środowiskiem pracy od ponad 15 lat. Blask fotoreporterskich fleszy już niekoniecznie. Popularność czy rozpoznawalność to dodatek do mojej pracy, mojego wyuczonego rzemiosła. Gdyby zależało to ode mnie, moglibyśmy sobie darować wszystkie te ścianki, sesje zdjęciowe, konferencje ramówkowe czy uroczyste premiery, gdzie najczęściej można spotkać ludzi, którzy z pro­jektem nie mieli nic wspólnego. Z drugiej strony nie urodziłem się wczoraj i nie zamierzam kopać się z ko­niem. Skoro takie są reguły show-biznesu, to chcąc czerpać profity z bycia jego cząstką, trzeba się zgodzić na zasady, którymi się on rządzi. Poza tym przyjem­nie jest się dowiedzieć od naszych widzów, w social mediach lub na żywo na ulicy czy w sklepie, że moja praca jest oglądana i się podoba. Nie w każdym zawo­dzie otrzymuje się tak natychmiastowy i bezpośredni zwrot od odbiorcy.

Czyta Pan recenzje swoich ról? Ma Pan jakąś receptę na to, jak radzić sobie z krytyką?

Jeśli mam być szczery, nie mam zbyt dobrych doświadczeń z krytyką i krytykami. Zawsze albo prawie zawsze pisano o mnie źle lub wcale. Nabrałem nawyku nieinteresowania się opiniami tzw. branży. Poza tym nigdy nie byłem pewien czystości intencji i, by tak rzec, niezależności osoby piszącej. I ta niepewność była wprost proporcjonalna do pozycji tej osoby w środowisku. W rzeczywistości ciągłej sprzedaży, w której niezaprzeczalnie żyjemy, opinia przekłada się na wyniki oglądalności czy też liczbę sprzedanych biletów – te zaś na wymierne zyski. Dość nieprzy­jemną resztę łatwo sobie dopowiedzieć. Polecam film „Birdman” z 2014 roku – przedstawiona tam wizja jest tyleż ponura, co, jak myślę, bliska niestety prawdy.

Obecnie gra Pan w „Wojennych dziew­czynach”, „Leśniczówce” i „Diagnozie”. Czy łatwo jest pogodzić pracę na planach kilku seriali jednocześnie?

Na szczęście tylko te dwa ostatnie projekty były w tym roku nagrywane symultanicznie. Dla mnie to zawsze bardziej problem logistyczny niż warsz­tatowy. Nie mylą mi się bohaterowie. Mam też to szczęście, że akurat postaci z wymienionych przez Panią seriali są od siebie bardzo różne. Dzieli je jeśli nie czas i kostium historyczny, to język, którym mówią, i energia, jaka z nich emanuje. Muszę przyznać, że to dość komfortowa sytuacja. Bywa czasem nerwowo, kiedy trzeba jechać z jednego planu na drugi, najczęściej w pośpiechu. Ale, mówiąc szczerze, uważam, że zawsze lepiej jest radzić sobie z nadmiarem niż z niedoborem.

Czy trudniej rozśmieszyć czy wzruszyć widza? Ma Pan na to jakiś specjalny sposób?

Uważam, że trudniej jest rozśmieszyć. Ale najlepiej, kiedy jedno się z drugim przeplata – taką sztukę cenię sobie najbardziej. Komedia jest trudniejsza, ponieważ wzruszenie ogarnia nas wszystkich w mniej lub bardziej przewidywalnie zbliżonych sytuacjach. Śmiech jest zjawiskiem bardziej abstrakcyjnym i nieodgadnione są ścieżki, którymi chadza. Co do mojego sposobu, to nie sądzę, by był szczególnie odkrywczy. Podglądam rzeczywistość, lepszych od siebie aktorów i satyryków, a potem staram się Państwu zaserwować to, co i mnie śmieszy. Póki co, ta recepta się sprawdza, szczęśliwie dla obu stron.

Fot.: Renata Świątecka, fotoartictica.pl

Jak Pan odreagowuje stres związany z pracą?

Tak jak chyba każda pracująca zawodowo osoba potrzebuję nieraz ciszy, spokoju, zieleni, nieogra­niczonej niczym przestrzeni przed oczami. Czasem potrzebny mi masaż, a czasem uważna i nieśpiesz­na rozmowa z kimś bliskim. Niekiedy potrzebuję potańczyć, pobiegać albo pojeździć na rowerze. Raz zamykam się w medytacji, a kiedy indziej słucham ciężkiego metalu, ponad zalecaną głośność. Zawsze jednak najlepiej działa zamknięcie za sobą drzwi naszego domu i to najradośniejsze z uczuć, że jest się u siebie.

Jest Pan mocno związany z Zagłębiem, z którego Pan pochodzi. Zrezygnował Pan z mieszkania w Krakowie, by tam wrócić. Czy dom zawsze nierozerwalnie związany jest z konkretnym miejscem na ziemi?

W Zagłębiu mieszka rodzina mojej żony i moja – to był jeden z powodów, by tam wrócić. Liczyli­śmy na pomoc w opiece nad dziećmi i wsparcie, którego w Krakowie nie mieliśmy. Poza tym to fajne miejsce do życia. Ale nie wiem, czy jak nasze dzieciaki się usamodzielnią, a my będziemy mogli wybierać, to nie wyjedziemy w zupełnie inny rejon kraju czy nawet świata. Myślę, że bliższa jest mi myśl, że dom nierozerwalnie łączy się z obecno­ścią kochających nas ludzi. Współrzędne geogra­ficzne mają mniejsze znaczenie.

Pana zawód wymaga częstego prze­mieszczania się – wyjazdów do teatrów, na plany zdjęciowe… Czy przez to po­dróżowanie kojarzy się Panu wyłącznie z pracą zawodową?

Na szczęście nie tylko. Lubię podróże, te na krótkich i na długich dystansach. Lubię być w drodze, zmie­rzać dokądś, poznawać miejsca, których się nigdy nie widziało, albo wracać po latach do tych, w których się już było. To, że istotnie sporo podróżuję zawodo­wo, na szczęście nie zniechęciło mnie do wojaży i nie stępiło mojej ciekawości świata.

Możemy Pana oglądać także w kampanii PKP Intercity. Czy prywatnie często podró­żuje Pan pociągami?

Podróżuję nimi odkąd pamiętam. Teraz wynająłem miesz­kanie blisko Dworca Centralnego w stolicy i prawie w ca­łości przesiadłem się na kolej. To miła odmiana po kilku latach za kółkiem. Tym bardziej, że komfort i czas podróży są nieporównywalne z tymi sprzed kilku lat. A w obliczu niekończących się remontów dróg na trasie Warszawa – Będzin kolej jest w praktyce bezkonkurencyjna. Wiem, co mówię, proszę mi wierzyć. I nie jest to z mojej strony koniunkturalizm, a wnioski wysnute z doświadczenia często nawet trzech przejazdów w tygodniu.

Jak wspomina Pan pracę na planie kampanii? Czy znacząco różni się ona od pracy na planie serialu?

Dla mnie to był debiut w tak dużej kampanii, ale dzięki nadzwyczajnej ekipie realizatorów i aktorów czułem się na planie swobodnie i pewnie. Kluczowe wydaje mi się tu poczucie humoru, które nieraz pozwoliło rozładować nieuchronne wzrosty napięcia czy nieporozumienia. Nie zawsze było łatwo, ponieważ pracowaliśmy z dużo młodszymi od siebie kolegami. Franek, który gra mojego syna, ma zaledwie 7 lat i jest niezwykle uroczym, uzdol­nionym, ale przecież tylko dzieckiem. Jego koncen­tracja, skupienie i samodyscyplina zostały wystawione na poważną próbę, z której, jak Państwo widzą, wyszedł z tarczą. Sądzę, że przez te kilka dni udało nam się na­wiązać ze sobą prawdziwą relację i polubić się nawzajem, co zaowocowało zaufaniem i otwartością. Od pracy przy filmie czy serialu plan reklamowy różni szczegółowość ujęć i liczba powtórzeń. Dzięki temu, że były na nim dzieciaki, prawie każdy dubel był nieco inny, a i pomiędzy nimi trudno było o nudę.

Czeka Pan na swoją rolę życia czy już Pan ją zagrał?

To ciekawe pytanie, ale odpowiedzieć na nie w tym momencie życia się nie odważę. Gdyby los tak chciał, żebym moją doczesną podróż na tym świecie miał za­kończyć teraz, byłbym zadowolony z tego, czego udało mi się dokonać. Zarówno jako aktor, jak i tak po prostu, jako człowiek. Lubię swoje życie, to, kim wciąż się staję, i wszystkie role, które dane mi było zagrać. Nawet – a może zwłaszcza – te mniej lub całkiem nieudane, bo na nich najwięcej się nauczyłem.