Fot. R. Pałka

Już niedługo premiera Pana nowego filmu „Najlepszy”. Jakie uczucia Panu towarzyszą? Ulga, stres…?

Tak, faktycznie premiera już zaraz – pierwszy pokaz odbędzie się w Gdyni 21 września, natomiast film do kin trafi 17 listopada. Przed pierwszym publicznym pokazaniem „naszego dziecka”, gdy wciąż jeszcze nie wiemy, jak wypadnie, towarzyszy nam więc trema. Nadal intensywnie pracujemy nad dźwiękiem, muzyką, kolorami i efektami specjalnymi. Myślę, że ostatni dzień naszej pracy przypadnie na moment przed pokazem festiwalowym w Gdyni!

Czy wybór na głównego bohatera osoby po przejściach, byłego narkomana, który potem osiągnął gigantyczny sukces sportowy, wyniknął z chęci opowiedzenia historii o przezwyciężaniu słabości? Innymi słowy – skąd wziął się pomysł na ten film?

Był to dość złożony proces. Z samym pomysłem przyszedł do mnie producent filmu Krzysztof Szpetmański. Dzięki temu mogłem od początku uczestniczyć w pracach nad scenariuszem. Tworzyliśmy go we trójkę najpierw z pierwszym scenarzystą Maciejem Karpińskim, do momentu, gdy dostaliśmy dofinansowanie z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, a potem z drugą scenarzystką – Agathą Dominik, już w Los Angeles. Odciąłem się więc na dwa, trzy tygodnie od wszystkiego i dokończyliśmy pisanie już w Stanach. A wszystko zaczęło się w momencie, gdy Krzysiek usłyszał historię Jerzego Górskiego w jakiejś audycji w radiu. Pomyślał wtedy: „dlaczego o tym człowieku nie zrobiono jeszcze filmu?!”. No i dalej to już poszło podobnie jak z moją decyzją o zostaniu reżyserem – „jeśli ja tego nie zrobię, to ktoś inny na pewno to spartaczy!”.

„Bogowie” przenieśli nas w lata 80., akcja „Najlepszego” też dzieje się w tamtym czasie. Czy to przypadek, czy może wyraz sentymentu?

Faktycznie to podobny okres – akcja zaczyna się w końcówce lat 70., kończy na początku lat 90., a „Bogów” kończyliśmy bodajże w 1986 roku. Przyznaję, nie planowałem tego, że zrealizuję dwa filmy, których realia będą osadzone właśnie w tym okresie, jednak bardzo dobrze odnajduję się w tamtych czasach. Lata 80. pamiętam dość dobrze – nie jako czas szarości PRL-u, lecz mojego kolorowego dzieciństwa.

Pamiętam, że „Bogowie” zostali doskonale przeniesieni na ekran –  szklanki, popielniczki, samochody, garnitury – i nie było w tej scenografii żadnej sztuczności.

Cóż, wszyscy moi współpracownicy świetnie pamiętają te czasy, ale też chyba mamy instynkt, który mówi nam, kiedy przestać, żeby nie przedobrzyć. Recepta jest jedna. Jeśli będziemy opowiadać naszą historię – włączając w to kostiumy, realia historyczne itd. – tak, jakby to była nasza codzienność, to wtedy wyjdzie wiarygodnie.

Podczas pracy nad serialem „Belfer”, w którym główną rolę grał Maciej Stuhr, aż do końca zdjęć nie zdradził Pan aktorom, kto zabił.

Oczywiście każdy film wymaga innego podejścia. „Belfer” to historia kryminalna, tam bardzo chcieliśmy utrzymać sekret, który był kluczowy dla fabuły i wiarygodności całego serialu – tylko pięć osób z całej produkcji znało zakończenie. Maciek w końcu się zbuntował i zagroził strajkiem. Na szczęście było to już pod koniec realizacji, pokazaliśmy mu więc scenariusz ostatniego odcinka. Po przeczytaniu wrócił, podziękował i powiedział: „Rozumiem skąd tajemnica. Grajmy dalej.”.

Czy tym razem też pracował Pan z aktorami w szczególny sposób? Na planie pojawiły się największe polskie gwiazdy –  Tomasz Kot, Magdalena Cielecka – które występowały już w Pana innych realizacjach.

Wspólnym mianownikiem jest zawsze rozmowa. Siadamy, omawiamy danego bohatera, kim jest, o czym marzy, dokąd zmierza, po jakie środki sięgnie. Staram się pozostawić aktorom dużo swobody – w moim mniemaniu aktor jest artystą właśnie dlatego, że tworzy postać i na tyle się z nią scala, że czasem wie o niej więcej niż ja. Oczywiście z każdym aktorem pracuje się zupełnie inaczej. Z Tomaszem Kotem, który w filmie gra dyrektora sportowego, zaczynamy od tego, że opowiadamy sobie kawały – Tomek przeważnie zna ich więcej – a potem mówimy sobie dokąd zmierzamy w ramach historii i przeprowadzamy kolejne próby. Trach, trach, trach, zmieniamy to i to, opowiemy kolejny kawał – no i możemy grać. Znamy się z Tomkiem tak długo, że już po kilku słowach możemy dojść do tego, co chcemy osiągnąć. Podobnie pracuje mi się z Arkiem Jakubikiem, z którym też znamy się kilkanaście lat, także ze sceny rock’n’rollowej – dodam, że m.in. z jego muzykami z Dr Misio nagrywaliśmy teraz muzykę do „Najlepszego”.

Jako jeden z nielicznych w Polsce tak utytułowanych reżyserów nie skończył Pan szkoły filmowej. Czy przeszkadzało to Panu w pracy, czy też przeciwnie – było atutem?

Powiedzieć, że nie skończyłem to nawet za dużo – ja się nawet nie dostałem! Potem co prawda poszedłem do prywatnej szkoły filmowej, ale jej oczywiście też nie skończyłem. Ale już rok po oblanym egzaminie na filmówkę pracowałem na planach filmowych, przygotowywałem swój film krótkometrażowy „Naszą ulicę”. Potem już nie było czasu, żeby chodzić do szkoły, bo od razu zaczęła się praca.

Już niedługo Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Ciekawa jestem, jak ocenia Pan polskie kino? Z jednej strony powstają filmy odważne, eksperymentujące z formą i ekspresją, jak np. „Córki dancingu”, w których występował Jakub Gierszał, gwiazda „Najlepszego” – z drugiej dużo jest filmów komercyjnych.

Jako widz cieszę się, że faktycznie mamy z czego wybierać, a oferta nie kończy się na komedii romantycznej z jednej strony, czy śląskim smucie z drugiej. „Córki dancingu” mnie niezwykle ucieszyły – w końcu ktoś zebrał się na odwagę, by opowiadać nie dość, że po swojemu, to jeszcze w sposób nieoczywisty, i to taki, który w szkołach bywa wręcz tępiony! W zasadzie lubię każdy rodzaj kina – podobała mi się nawet świeża, pełna energii „Planeta singli”. Cieszą mnie takie tytuły, jak np. „Królewicz Olch” Kuby Czekaja, Małgosia Szumowska to też zawsze pewna firma. Niezwykłym filmem była „Ostatnia rodzina” – tu warto zaznaczyć, że jego scenarzystą był Robert Bolesto, który też napisał fenomenalne „Córki dancingu”.

„Belfer” to przykład serialu najwyższej klasy, który przypomina amerykańskie historie, snute podobnie jak film, lecz podzielone na kilka-, kilkanaście odcinków. Czy jest Pan typowym popkulturowym wszystkożercą, który namiętnie ogląda nie tylko kino artystyczne, ale też pochłania całe sezony popularnych seriali?

Zdecydowanie tak! Nawet preferuję taki sposób oglądania, czyli połykanie wszystkich odcinków naraz. Tak robiłem z „Dexterem” i „Broadwalk Empire”, niestety nie udaje mi się to teraz z „Grą o tron”, choć na dzisiejszy wieczór mam zaplanowane ostatnie dwa odcinki. A jeśli chodzi o kino, nie zamykam się absolutnie w kinie artystycznym, co więcej, z lubością opycham się popcornem na „Avengers” – nie odmówię sobie tej przyjemności!

Kiedyś powiedział Pan, że kręci filmy, żeby opowiadać historie. Czy zależy Panu, żeby wszystkie te opowieści miały jakiś wspólny mianownik, czy też każda zaprowadza Pana w jakieś inne rejony?

Chyba nie ma reguły – staram się ufać temu, co mnie porusza i fascynuje, nawet jak nie potrafię dokładnie zdefiniować dlaczego. We wszystkim, co robimy, szczególnie w filmach, które są w jakiś sposób osobiste, trzeba odnaleźć siebie. Jaki wpływ ja mam na bohatera, a bohater na mnie – to trudno określić, ale na pewno jest znaczący. Jest to też w jakiś sposób autoterapia.

Autoterapia dla Pana, ale też terapia dla widza.

Wciąż wierzę głęboko, że chciałbym opowiadać takie historie, które dają nadzieję, bo mam wrażenie, że właśnie jej potrzebujemy i o niej zapomnieliśmy. Nadzieję na nas. Kiedyś musiałem napisać eksplikację reżyserską do PISF-u, by uzyskać pieniądze na pierwszy film. Zakończyłem ją słowami, że całą moją ambicją jest to, by widz, wychodząc z kina, czuł się lepiej, niż kiedy do tego kina wchodził. By mógł patrzeć w gorę, w słońce, a nie na swoje buty. By czuł się zainspirowany i wprowadzał zmiany w swoje życie, choćby najmniejsze. Może zostanie przeniesione choćby najmniejsze ziarnko piasku na plaży, ale to zawsze dobry początek.

W pewnym wywiadzie przyznał Pan, że zmarnował czas po sukcesie „Rezerwatu”. Udało się Panu jednak podźwignąć i wrócić z rewelacyjnymi „Bogami”, a potem „Belfrem” pobić kolejne rekordy oglądalności. Jak Pan najchętniej wyobrażałby sobie swoją przyszłość po premierze „Najlepszego”?

Hmm, ta moja przyszłość… To chyba tylko ta plaża w Los Angeles! A tak na serio, to marzę o tym, by stworzyć film, w którym nie będę mierzyć się z brakiem środków. Zawsze chciałem też nakręcić horror, ale po zakończeniu pracy nad „Najlepszym” najprawdopodobniej moim nowym projektem będzie serial o Żołnierzach Wyklętych, nakręcony w formie, której nie powstydziłyby się amerykańskie HBO czy Netflix. A od razu po tym przystępuję do następnej fabuły. Będzie to mój największy do tej pory film – historia oparta na faktach, opowieść o kilku kieszonkowcach z Bazaru Różyckiego na warszawskiej Pradze na przestrzeni lat 1928-1945. Połączenie „Dawno temu w Ameryce” z „Listą Schindlera”. Będzie ciekawie!