Jak rozpoczęła się twoja kariera?

Od 2004 roku pracuję w Państwowej Straży Pożarnej, ale jako cywil pracę rozpoczęłam już 4 lata wcześniej. Zaczęłam szkolić psy na potrzeby PSP, która potem stworzyła Ochotniczą Straż Pożarną (OSP). Wtedy też utworzona została Specjalistyczna Grupa Poszukiwawczo-Ratownicza (SGPR), w której dalej działam. Psy miały pomagać strażakom – wyszukiwać osoby zaginione w terenie lub na gruzowiskach, np. po wybuchu gazu w budynku. Do tego oczywiście niezbędna jest pasja, a ja wiedziałam od zawsze, że najszczęśliwsza jestem właśnie wtedy, gdy mogę pracować z czworonogami. W pracy otaczają mnie pasjonaci, np. egzaminator Bartosz Tunia – to przyjemność współpracować z takimi wspaniałymi ludźmi. Aktualnie jestem dowódcą zastępu w JRG-4, jednostce ratowniczo-gaśniczej w Poznaniu – nie w biurze, lecz właśnie na tzw. podziale bojowym – i poza pracą z psami tak, jak każdy inny strażak biorę udział w akcjach: pożarach, wypadkach itd. Dodatkowo jestem też egzaminatorem Państwowej Straży Pożarnej, przyznaję licencje psom ratownikom.

Czy możesz objaśnić, jak wygląda droga od szczeniaka do psa ratowniczego?

Okres rozwoju pod kątem ratowniczym przebiega inaczej niż w przypadku psa domowego, którego jedynym zadaniem jest dotrzymywanie towarzystwa właścicielowi. Przyszły pies ratownik musi mieć tzw. odpowiedni „motor pracy” – czyli być wytrwały, nieugięty, odważny. Powinien też cechować się otwartością na ludzi, lubić obcych i co najważniejsze – chętnie się z nimi bawić. Nie każda rasa ma sama z siebie takie predyspozycje, więc zadaniem opiekuna-strażaka jest to wypracować – szczególnie gdy pracuje np. z owczarkiem, a nie z przyjacielskim labradorem. Następnie uczy się psa pracy węchowej, natomiast trening stricte ratowniczy zaczynamy, gdy pies ma około roku. Wtedy ma już trochę poukładane w głowie, przeszedł szkolenie środowiskowe i socjalne. Później następuje etap egzaminów: gruzowiskowych i terenowych. Zadaniem strażaków jest przede wszystkim przygotowanie psów na gruzowiska. Poszukiwania terenowe to zadanie policji – przystępujemy do takich działań na jej prośbę.Fot. Bartosz Tunia

Czy psy strażackie pracują inaczej niż policyjne?

Psy policyjne to psy tropiące, doprowadzające do danej osoby po śladzie. Natomiast nasze pracują górnym wiatrem – wyszukają każdą żywą osobę, której cząsteczki zapachu wychwycą z powietrza, nawet na bardzo dużym obszarze. Czworonóg „policzy w nosie” osoby obecne, należące np. do grupy poszukiwawczej, i zaprowadzi trenera do najbliższej obcej sobie, żywej osoby. Dlatego podczas poszukiwań zaginionych ludzi np. w lesie zdarza się, że pies doprowadzi swojego przewodnika np. do niewinnego grzybiarza czy spacerowicza. Należy czworonoga oczywiście wtedy pochwalić, nagrodzić. To bowiem przewodnik psa wie, kogo szuka, i jego w tym głowa, aby wiedział, jak swojemu psu pomóc. Opiekun i jego pies stanowią zespół, w którym występuje relacja partnerska – czasem to człowiek dowodzi, ale mądry przewodnik wie, kiedy swojemu psu zaufać i nie przeszkadzać pracować. Polega to na umiejętnym przekazywaniu sobie przywództwa z rąk do rąk, bo czasami to pies mówi coś człowiekowi, i człowiek musi go posłuchać. Wydaje mi się, że to właśnie jest najtrudniejsze.

No właśnie – co jeszcze sprawia największą trudność podczas szkolenia psa ratowniczego?

Jest to bardzo złożony proces. Nieustannie trzeba wyszukiwać nietypowe miejsca – piwnice, opuszczone, zniszczone budynki – i przeprowadzać w nich czasem dość długie treningi. Są też potrzebni różni obcy ludzie, by pies z nimi nieustannie współpracował i zapamiętywał, że są to spotkania pozytywne, przynoszące mu korzyść. Pies bowiem odszukuje ukrytą osobę tylko dlatego, że chce się z nią pobawić! Odnaleziony podczas treningu człowiek zapewnia mu nagrodę w postaci zabawy właśnie, a nie smakołyka czy ulubionej piłeczki. Pies nie może przyzwyczajać się do tych samych miejsc czy ludzi, przez całe życie potrzebne mu są nowe bodźce, które pozwolą na rozwijanie umiejętności. Niestety zwierzęta pracują relatywnie krótko. Jeden z moich psich partnerów, Wolt, ma 11 lat, przeszedł już na „emeryturę” i nie jeździ ze mną na akcje. Zastąpiła go Sigma, owczarek belgijski malinois, mam też 18-miesięcznego Mago, który jest jeszcze w trakcie szkolenia. W sumie wyszkoliłam już 17 certyfikowanych psów… oraz towarzyszących im przewodników.Fot. Bartosz Tunia

Czy nie myślisz czasem, że wyjeżdżając na akcje, sporo ryzykujesz – nie tylko swoje bezpieczeństwo, lecz także swojego psa?

Nie, nigdy. To nie jest „klub przyjaciół czworonoga”, my nie robimy tego dla zabawy czy dlatego, aby popracować z naszymi pieskami i nauczyć ich nowych sztuczek. To ciężka, odpowiedzialna praca, ratowanie życia ludzi. Przewodnik wie, że sztuką nie jest znaleźć osobę poszukiwaną – częściej chodzi o to, by przeszukać dany teren i bez zawahania przekazać informację, że poszukiwanego na nim nie ma. To kluczowe, bo po nas nikt tego terenu drugi raz już nie sprawdzi, nie ma na to czasu, ten czas się osobie zaginionej już kończy. Jeśli chodzi o takie poszukiwania, nie wymyślono jeszcze niczego lepszego niż nos psa.

Opowiedz teraz o swojej pracy dla Fundacji Labrador Pies Przewodnik. Pracujesz w niej po godzinach?

Tak. Do zespołu Fundacji Labrador dołączyłam już ładnych kilka lat temu. Jestem trenerem – szkolę nie tylko psy, lecz także nowych instruktorów i egzaminatorów. Współpracuję z wolontariuszami mającymi pod opieką szczenięta labradorów, pod moim okiem pieski uczą się współpracy z człowiekiem opartej na pozytywnych bodźcach. Tu znów – uczymy psy, że im się z nami opłaca współpracować, że dostaną za to nagrodę, coś przyjemnego, wtedy same chętnie wykonują nasze polecenia. Taki podstawowy trening twa około 14 miesięcy. Potem na okres 8-10 miesięcy przejmuję psa – w tym czasie mieszka on ze mną, szlifujemy jego umiejętności. Uczy się m.in. sygnalizować krawężniki i schody, omijać dziury, wskazywać wolne miejsce w tramwaju, poruszać się na znanej trasie, np. z pracy do domu. Po zdanym egzaminie szukamy dla naszego psa odpowiedniej osoby. Właśnie taka jest kolejność: dobieramy osobę o takim charakterze, tempie poruszania się czy usposobieniu, która będzie pasowała do naszego psa, a nie odwrotnie. Przekazanie psa przewodnika osobie niewidomej zwykle trwa ok. 2 tygodnie – w tym czasie nawiązują oni relację, uczą się siebie nawzajem. Potem pies przewodnik jedzie do nowego domu.Fot. Fundacja Labrador Pies Przewodnik

Czy dla osoby niewidomej otrzymanie psa przewodnika to duża zmiana?

Ogromna. Życie osób niewidomych zmienia się znacząco. Wcześniej np. niektórzy wychodzili z domu, tylko mając oparcie w innej osobie – czy to chcąc wysłać list, zrobić szybkie zakupy czy iść do kosmetyczki, zawsze musieli poczekać na męża czy siostrę. Natomiast pies przewodnik daje im niezależność, jaka dla nas, dorosłych osób widzących, jest czymś naturalnym. Labrador otwiera też niewidomych na innych – ludzie na ulicy czy w urzędach uśmiechają się na ich widok, zagadują, nawiązują relacje. Świat wydaje się wtedy przyjaźniejszy, a całe życie lepsze, łatwiejsze. Bardzo ważne jest też to, że pies staje się przyjacielem osób niewidomych, najbliższą im istotą, najwierniejszym powiernikiem, który zawsze będzie blisko, wysłucha.

Obserwowanie takiej zmiany musi być budujące.
Tak. Co ciekawe, odwracają się też role. Najczęściej osoby niewidome – szczególnie ci, którzy nie mają dzieci – nie byli nigdy za nic odpowiedzialni, to raczej inni zawsze byli odpowiedzialni za nich. Natomiast gdy otrzymują psy, nagle zdają sobie sprawę, że dobrobyt tego zwierzęcia w całości zależy od nich. Przyznam, że psy przewodniki pod opieką niewidomych to jedne z najbardziej zadbanych, wychuchanych zwierzaków! Labradory to rasa psów pracujących, stworzonych do współpracy z człowiekiem. Pies przewodnik jest zawsze bardzo szczęśliwy. Zresztą gdzie indziej byłby ze swoim ukochanym człowiekiem 24 godziny na dobę?

Czy potrafisz wskazać, jaki etap twojej pracy daje Ci największą satysfakcję? Kiedy myślisz sobie, że „to jest to”?

Jeśli chodzi o psy przewodniki, to nie jest to moment samego szkolenia czy przekazania labradora, bo wtedy dla mnie jeszcze praca się nie kończy. Dla mnie najtrudniejsze nie jest samo wyszkolenie czworonoga, ale upewnienie się, że pies i niewidomy tworzą zgrany, dopasowany zespół. Jeśli przejdzie się etap pewnej niecierpliwości i sfrustrowania, który – co naturalne i ludzkie – zawsze jest na początku przekazania psa niewidomemu, to wtedy czekam już na ten moment, w którym mogę obserwować ich, gdy pracują razem, już po okresie dotarcia się. Widok ich obojga szczęśliwych, idących bezpiecznie chodnikiem, to dla mnie największa nagroda. Natomiast podczas akcji w grupie ratowniczo-poszukiwawczej są to, rzecz jasna, momenty odnalezienia zaginionego – w tym celu to robimy, dla ratowania ludzkiego życia. Nawet nie chodzi o żadne specjalne słowa podziękowania odnalezionej osoby. Wszystkie trudy czy niebezpieczeństwa wynagradza symboliczny uścisk dłoni – nieważne, czy mojej, czy opiekuna psa, którego miałam przyjemność, a raczej zaszczyt, szkolić.