Fot. R. Jaworski

Szerokiemu gronu publiczności dała się Pani poznać, kręcąc „Moje córki krowy”. Film został doskonale przyjęty nie tylko na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, lecz także przez widzów w całej Polsce. Czy miała Pani czas odpocząć od popularności?

Dla mnie „Moje córki krowy” były bardzo ważne z wielu powodów. Tym obrazem symbolicznie pożegnałam moich rodziców i chciałam porozmawiać z widzami o odchodzeniu. Zresztą filmowi towarzyszyła też książka „Moje córki krowy”, która okazała się bestsellerem. Prawie półtora roku jeździłam po kraju i świecie, promując film, biorąc udział
w wielu festiwalach, odbierając nagrody. Szczerze powiedziawszy, tego odpoczynku mi trochę brakuje…
Ale uważam, że reżyser nie kończy pracy wraz z ostatnim klapsem na planie. Sądzę, że moją rolą jest też pokazywanie filmu ludziom. Dlatego jeżdżę często na spotkania z publicznością, bo od widzów dużo się uczę – dowiaduję się, czego ode mnie oczekują, jakich filmów potrzebują. Chciałabym tworzyć obrazy, które dają wzruszenia, szczęście i radość – które podnoszą na duchu. Myślę, że są one dzisiaj bardzo potrzebne. Jest to tzw. kino szlachetnego środka, którego w Polsce nie ma ostatnio dużo – umiejscowione w niezagospodarowanym przez polskich twórców miejscu pomiędzy
z jednej strony hermetycznym kinem artystycznym a niemądrymi komedyjkami z drugiej.

Niebawem na ekrany kin wchodzi Pani najnowszy film „Plan B” – premiera 2 lutego. Czy określiłaby go Pani jako komedię romantyczną?
Absolutnie nie określiłabym go w ten sposób. Dla mnie to film z gatunku „feel-good movies” [filmy wprowadzające w dobry nastrój – przyp. red.]. Ostatnio spontanicznie zadzwoniła do mnie krytyczka filmowa Barbara Hollender. Powiedziała mi: „Kinga, poszłam na ten film wściekła, obrażona, pokłócona, a wyszłam szczęśliwa, dziękuję”. To jest właśnie moje marzenie – by widz wychodził z kina odprężony, uszczęśliwiony. Chcę osiągnąć ten efekt, nie obrażając inteligencji odbiorcy.

Miałam przyjemność obejrzeć już ten film i potwierdzam: doskonale poprawia samopoczucie. Oglądałam go zresztą, gdy za moim oknem, zupełnie tak jak w Pani filmie, zaczął padać piękny śnieg. To wrażenie delikatności, miękkości towarzyszyło mi przez cały seans.
No właśnie – chciałam zrobić taki film, który utula. Natomiast z tym śniegiem – same problemy! Polskie zimy są bardzo kapryśne i podczas kręcenia napotykaliśmy na mnóstwo przeciwności: kiedy miało padać – nie padało, a kiedy nie chcieliśmy śniegu – obficie sypał!

„Moje córki krowy” to był film bardzo osobisty, zainspirowany dramatycznymi wydarzeniami z Pani życia. A jak powstawał „Plan B”?
Po „Moich córkach krowach” dostałam bardzo dużo różnych propozycji i wybrałam scenariusz Karoliny Szablewskiej. Wiedziałam, że jest to bardzo ważne, jaki film zrobię jako kolejny, bowiem musiałam udowodnić, że sukces „Moich córek krów” nie był przypadkiem. Marzyła mi się opowieść o miłości, ale nie prosta, daleka od banału. I to znalazłam w tym scenariuszu. Sama bym nie potrafiła napisać takiej pięknej i pełnej magii, ale i prawdy historii o ludziach na zakręcie.

Scenariusz do „Moich córek krów” pisała Pani sama. Czy inaczej pracowało się Pani na scenach rozpisanych przez kogoś innego?
Oczywiście bardzo dużo w nim przebudowałam, dostałam carte blanche od producenta, że mogę zrobić ze scenariusza Karoliny mój film. Myślę sobie, że finalnie powstał obraz będący złożeniem osobowości zarówno Karoliny Szablewskiej, jak i Kingi Dębskiej. Bardzo dużo jest w nim mnie.
Jestem przyzwyczajona do pracy na czyimś tekście, bo pomiędzy filmami kręcę wiele seriali telewizyjnych, do których otrzymuję gotowe scenariusze – „Na dobre i na złe”, „Barwy szczęścia”, „M jak Miłość”, „Singielka”. W zasadzie bywa to nawet przyjemne, bo nie czuje się takiego obciążenia, jak podczas kręcenia na podstawie własnego tekstu. Moją metodą pracy jest przeprowadzanie wielu prób z aktorami i zmienianie dialogów tak, by brzmiały im w ustach naturalnie – słowa nie powinny szeleścić papierem. Dialogi muszą być też dopasowane do osobowości konkretnych aktorów.

Pani film to świetne nazwiska – Kinga Preis, Edyta Olszówka, Marcin Dorociński, Roma Gąsiorowska. Jak współpracuje Pani z aktorami?
Do każdego człowieka jest inny klucz, każdy aktor wymaga też innego podejścia. Uważam, że obsadzanie cały czas aktorów w tej samej roli jest błędem – bo wtedy ani widz nie jest zaskoczony, ani artysta nie dostaje wyzwania, z którym może się zmierzyć. Edyta Olszówka i Roma Gąsiorowska są obsadzone trochę wbrew temu, co grały wcześniej, dlatego uważam, że odkryłam na nowo Edytę. Dzięki odegraniu bardzo trudnej postaci Agnieszki wraca ona do dużych ról – powinna je grać, bo to wspaniała aktorka. Odkryłam też na nowo Romę, bardzo charakterystyczną, trochę niepokorną postać polskiego kina. Pracowałam także po raz pierwszy z Kingą Preis, która jest aktorką tak hojną i pełną, że już myślę o kolejnych rolach dla niej. Starałam się każdego z tych aktorów odrobinę zmienić – Kinga Preis jest siwa, Marcin Dorociński ma wąsa – aby byli jak najbardziej „moi”.

Marcin Dorociński po raz drugi przed Pani kamerą zrywa ze swoim emploi i gra z niezwykłym komediowym zacięciem.
Widzę go inaczej niż inni reżyserzy. W komediowych rolach lubię go najbardziej i chyba on czuje podobnie, dlatego ta współpraca tak dobrze nam się układa. Myślę, że takie zaskakujące obsadzanie aktorów przynosi korzyść dla wszystkich – dla widzów, którzy będą zaskoczeni nowym wcieleniem ulubionego aktora, dla artysty, który dzięki temu się rozwinie, i dla filmu – będzie on po prostu ciekawszy.

Bohaterów „Planu B” poznajemy, gdy stają na życiowym zakręcie. To, czy sobie poradzą, zależy od decyzji, jakie sami muszą podjąć, i od ludzi spotkanych na swojej drodze oraz w dużej mierze od przypadku.
Myślę, że nie jesteśmy w stanie zaplanować swojego życia – jeśli chcemy rozśmieszyć Pana Boga, to możemy opowiedzieć mu o swoich planach… Wiele momentów zmieniających tor naszego życia to właśnie wynik przypadku. Można to nazwać też przeznaczeniem czy boską interwencją… Ale ten film jest dla mnie przede wszystkim o relacjach. Uważam, że trzeba nawiązywać głębsze więzi z innymi. Stajemy się i prawdziwi, i szczęśliwi dopiero wtedy, gdy możemy się przejrzeć w czyichś oczach. Mogą to być oczy przyjaciółki, partnera, a nawet psa.

„Plan B” ma kilkoro głównych bohaterów. Dotykają ich różne problemy, z których większość jest dość uniwersalna – strata ukochanej osoby, wyprowadzka dziecka z domu, problemy ze znalezieniem swojego miejsca w życiu. Czy zależało Pani na tym, aby był to film, z którym każdy może się utożsamić?
Robiąc ten film, nie myślałam tak naprawdę o widzu. Zastanawiałam się raczej nad tym, jaki film sama chciałabym zobaczyć, na jaki chciałaby wybrać się moja siostra, córka, przyjaciółki. Zależało mi na tym, żeby zrobić film pozytywny – nie chciałam iść w kierunku smutno-psychologicznym. Ciągnie mnie w kierunku komedii, choć nie można powiedzieć, że „Plan B” należy do tego gatunku – to raczej ciepły film obyczajowy. Opowiada parę różnych historii, jest wielowątkowy, dzięki temu więcej ludzi się w nim odnajdzie. Kolorystka pracująca przy postprodukcji obrazu powiedziała mi, że przedstawia on historie ludzi, których mogłaby spotkać w autobusie – że to opowieść o każdym z nas. I podobnie jak po „Moich córkach krowach”, po pierwszych pokazach „Planu B” podchodzą do mnie wzruszeni widzowie, mówiący: „Opowiedziała pani moje życie”. To udaje mi się chyba po prostu dlatego, że moje filmy są szczere.

„Moje córki krowy” doskonale przełamywały humorem momenty dramatyczne, śmiechem wybuchają też bohaterowie „Planu B”, choć można powiedzieć, że wcale im do śmiechu nie jest. Czy Pani zdaniem śmiech ma działanie uzdrawiające?
Pewnie – to już nawet udowodnili naukowcy! Śmiech sprawia, że jesteśmy bliżej wewnętrznego dziecka, ukrytego w każdym z nas, o które powinniśmy dbać. Dzięki niemu jesteśmy szczęśliwsi, a tym samym zdrowsi, bo to zawsze idzie w parze. Jeżeli ten film będzie dawał ludziom radość, śmiech, ale i wzruszenia, będę bardzo szczęśliwa. Po to się robi filmy – dla mnie to jest sens tworzenia.

Studiowała Pani reżyserię w słynnej FAMU w Pradze – czy stąd wzięło się Pani przedstawianie życia jako tragikomicznego z natury?
Myślę, że operowanie humorem i tragikomiczność jest raczej moją własną cechą, wyniesioną już z domu rodzinnego. Zresztą do Pragi trafiłam, gdy byłam już dość doświadczonym twórcą, nakręciłam sporo filmów dokumentalnych, zdążyłam skończyć też pierwsze studia, czyli japonistykę. Co ciekawe, Czesi słyną z czeskiego humoru, choć sami nie wiedzą, co to znaczy. Musiałam im tłumaczyć, co my, Polacy, rozumiemy pod tym określeniem, bo często mnie dopytywali: „Jaki czeski humor? Co to takiego?!”.

Ma Pani bogate doświadczenia jako filmowiec – kręciła Pani odcinki seriali i filmy dokumentalne, np. „Aktorkę”, ale jest Pani też autorką książki. Czy planuje Pani kontynuować pisanie?
Tak, bardzo chcę pisać, czuję, że mnie to dopełnia. Właśnie jutro mam spotkanie z wydawcą. Mogę zdradzić, że nowa książka będzie trochę osobista, trochę zabawna… i trochę smutna. Nietypowe może być to, że cała zostanie oparta na dialogu.

Drogę artystyczną wybrała też Pani córka – Maria Dębska. Zagrała w „Moich córkach krowach”, będzie występowała również w Pani następnym filmie „Zabawa, zabawa”.
Marysia świetnie sobie radzi – jestem bardzo dumną mamą! Odtwarza jedną z trzech głównych ról w „Zabawie, zabawie”, film ten będzie w kinach jesienią. Grała też w „Cichej nocy” (film zdobył nagrodę główną na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni – przyp. red.), gra w teatrze i w telewizyjnych serialach. Szkoła muzyczna nauczyła ją systematyczności i oddania pracy. Marysia idzie swoją drogą. Aktorstwo to bardzo kapryśny, trudny zawód, szczególnie dla kobiety, więc za moją córkę trzymam mocno kciuki.